Choroba morska

Na temat pragmatyki womitacji morskich opowiedziano już wiele legend. Zdrowy człowiek ze zdrowym błędnikiem tak ma, i już. Trochę czujność narządów można zmylić grogiem, po którym naturalnie wszystko się kiwa. Niemniej kilka cennych uwag może ułatwić życie. Na pokładzie jest chłodniej niż w kabinie, szczególnie, gdy idzie noc. Kto się nie ubierze ciepło, będzie musiał zejść pod pokład, aby się ubrać. A gdy tak się zdarzy, że są to pierwsze godziny rejsu i błędnik jeszcze się nie przyzwyczaił do bujania, to może już nie wrócić na wachtę. Pod pokładem odczuwa się mocniej chorobę morską. Oczy widzą stabilne wnętrze, czyli, że nie buja, błędnik czuje, że jednak buja. Od tego pomieszania głowa odmawia posłuszeństwa i żołądek womituje. Przed wachtą należy się więc ubrać tak, żeby nie musieć schodzić pod pokład. Ciepło, nieprzewiewnie. Wychłodzenie dodatkowo osłabia organizm, więc gdy mokro, wieje i buja, ocieplane kalosze, rękawiczki piankowe czy szalik są darem Neptuna. Unikać należy niepotrzebnego przebywania w kabinie nawigacyjnej (najbardziej rzygliwe miejsce ze wszystkich) czy w kambuzie, szczególnie podczas gotowania.

A gdy już przyjdzie ten czas, dobrze mieć ze sobą woreczek foliowy i nie żałować. To przynosi ulgę. Co z woreczkiem? Niestety, do worka na śmieci gdzieś w bakiście na pokładzie. Wyrzucanie woreczka za burtę może grozić śmiercią fokom. One nie odróżniają woreczka od meduzy i potrafią taki zjeść, co kończy się dla nich marnie. Dlaczego nie womitujemy prosto za burtę? Za burtą jest woda, czasem głęboka, a jacht płynie. Człowiek pod wpływem choroby morskiej ma ograniczoną koncentrację. Po prostu może wypaść. Lepiej więc mieć żeglarza z woreczkiem womitacyjnym na pokładzie niż bez woreczka za burtą. Niezależnie od tego, każdy womitant powinien używać pasa bezpieczeństwa. To takie szelki z linkami zakończonymi karabińczykami, które można w coś wpiąć i tym sposobem zakotwiczyć womitanta na pokładzie.

Warto spróbować pomieszanej głowie dać trochę wytchnienia. Jeśli będziemy patrzyli na nieruchomy punkt w oddali, choćby na linię horyzontu, oczy będą widzieć nasz ruch względem stabilnego punktu, błędnik to samo, więc główka odnajdzie się w rzeczywistości. Najlepsze miejsce na chorobę morską to za kołem sterowym. Ulgę też przynosi wyłączenie jednego zmysłu. Zamykamy oczy. Wsłuchujemy się we wskazania błędnika. Błędnik pokazuje ruch, oczy nic nie pokazują, więc jak ruch to ruch, głowa spokojna.

Co pić? Jak zwykle jest kilka szkół, niemniej wyrażę pogląd, że po zjedzeniu lub wypiciu odruch wymiotny nasila się, a bilans wodny jest ujemny, czyli zawsze więcej oddamy niż pobierzemy. Najprościej więc ograniczyć na najgorszy moment spożywanie czegokolwiek. Sugerowałbym również rozsądne postępowanie. Rozsądne, albowiem czasem życie płata figle. Odczucie womitacyjne jest dość bliskie uczuciu głodu. Już nieraz mi się zdarzało, że miałem wrażenie, że chce mi się womitować, a po dobrym jedzeniu przeszło. Warto więc sprawdzić i nie poddać się ułudzie. Niemniej dobrze pamiętać, by kilka rzeczy mieć na pokładzie. Świetnie przeciw chorobie morskiej działa imbir, więc można go wziąć i podać w herbacie. Parzona mięta wspaniale odświeża oddech i stabilizuje żołądek. Są ponadto dwie główne potrawy womitantów, zapewniające energię i lepsze samopoczucie. Jedną jest gorący kisiel, a drugą czekolada. Ta ostatnia ma szczególnie dobre właściwości, gdyż tak samo smakuje w obydwie strony: z ust do żołądka i z żołądka do ust.

 

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij